„Chory”, gdy niewygodnie
8 stycznia Robert I. miał stawić się w Sądzie Rejonowym w Oławie. Nie przyszedł. Zamiast tego przedłożył zwolnienie lekarskie L4 wystawione przez psychiatrę. Powód? Stres, lęki, zły stan psychiczny. Klasyczny manewr: nieobecność usprawiedliwiona, postępowanie opóźnione, system znów „przechytrzony”. Tyle że sądy mają dobrą pamięć.
Zaledwie pięć dni później, 13 stycznia, Robert I. bez problemu pojawił się w innym sądzie – tym razem we Wrocławiu. Pełna sprawność, brak oznak kryzysu psychicznego, normalny udział w postępowaniu. Jeszcze przed rozprawą odwiedził hotel Monopol, a jego zachowanie nie wskazywało aby był niezdolny do udziału w czynnościach procesowych.
Ten kontrast jest kluczowy. Bo trudno jednocześnie twierdzić, że jego stan psychiczny uniemożliwia mu stawiennictwo w jednym sądzie, a kilka dni później jednak pozwala normalnie funkcjonować i stawić się na innej sprawie.
Narracja o „leczeniu”
Symulowanie choroby nie było jednorazowym epizodem. Robert I. od dłuższego czasu budował narrację o swoim rzekomo złym stanie psychicznym:
- nie stawiał się na rozprawy,
- dostarczał kolejne L4,
- opowiadał o leczeniu psychiatrycznym,
- sugerował, że pobyt w areszcie był dla niego traumą psychiczną.
Problem w tym, że słowa zaczęły rozmijać się z faktami, a opowieści – z dokumentacją. Co więcej, sam zainteresowany mylił podstawowe pojęcia. Robert I. opowiadał o leczeniu psychiatrycznym podczas pobytu w areszcie, gdzie w rzeczywistości chodziło o kontakt z psychologiem. Dla kogoś rzeczywiście leczonego psychiatrycznie to różnica zasadnicza.
Prokuratura sprawdza blef
W pewnym momencie narracja o chorobie stała się tak intensywna, że prokuratura musiała zareagować. Jeśli podejrzany twierdzi, że jego stan psychiczny wpływa na odpowiedzialność karną to nie jest kwestia opinii. To kwestia weryfikacji.
W czerwcu ubiegłego roku Robert I. został więc przebadany przez biegłych psychiatrów. Wnioski były jednoznaczne:
- występują pewne zaburzenia,
- ale badany był świadomy, że jego czyny są niezgodne z prawem,
- jedno badanie nie wystarcza do pełnej oceny – potrzebna jest obserwacja.
Efekt domina
I tu strategia „udawania chorego” zaczęła się sypać. Sąd, opierając się na opinii biegłych, zdecydował o czterotygodniowej obserwacji psychiatrycznej w ośrodku zamkniętym. Nie na podstawie emocji czy ocen moralnych, ale wprost na skutek narracji samego Roberta I.
To moment paradoksalny bo człowiek, który próbował unikać odpowiedzialności, zasłaniając się zdrowiem psychicznym, sam doprowadził do sytuacji, w której jego stan zostanie dokładnie i oficjalnie zbadany – w warunkach, nad którymi nie ma już żadnej kontroli.
Gdy „spryt” działa przeciwko autorowi
Symulowanie choroby bywa traktowane jako sprytny wybieg procesowy. Problem w tym, że system prawny jest zaprojektowany tak, by takie deklaracje sprawdzać. A kiedy blef zostaje podniesiony, staje się dowodem sam w sobie. W tej historii nie ma miejsca na domysły. Są dokumenty, decyzje sądu i logiczny ciąg zdarzeń. Robert I. chciał być cwańszy niż system. Tymczasem to system wykorzystał jego własną narrację – dokładnie tak, jak powinien.